24 marca 2017 , Imieniny: Gabrieli, Marka, Seweryna
 
W aktualnym numerze:
  Wiadomości Sierakowickie -> Czytaj archiwalny numer 2 z dnia 2017-02-01
 






 
List alkoholiczki – pić to trzeba umieć...
Stereotypy o piciu uzależnieniu i leczeniu


Mam na imię Hania i jestem alkoholiczką, czyli najogólniej biorąc – kobietą upadłą. Tak najczęściej myśli większość społeczeństwa. Na sinoczerwonej twarzy wódka, pita hektolitrami w podejrzanym towarzystwie, wycisnęła piętno podstarzałej kobiety, sprzedającej się za kieliszek taniego wina lub lepiej szklankę denaturatu. Jestem brudna, rozczochrana, mam rozmazany tusz i peta przylepionego do ust, znaczonych resztką jaskrawoczerwonej pomadki. A może całymi dniami leżę w barłogu, gdzieś na melinie, bita i gwałcona przez podejrzanych typów i tylko o zmroku, jeśli oczywiście mam siłę, wymykam się w nocy wyżebrać kawałek chleba. Może przesiaduję w nocnych barach, sącząc drinki w przerwach między jednym a drugim klientem.

Utarło się w naszym społeczeństwie, że tak naprawdę alkoholizmu w Polsce nie ma i nie warto o nim mówić, a jak już to alkoholikiem jest ktoś, kto leży w rynsztoku lub wykazuję złą wolę, nie chce się podporządkować normom społecznym i grzeszy. Prawda jest taka, że tych alkoholików „z rynsztoka” jest ok. 7%, reszta to tzw. „porządni alkoholicy”, pijący mniej lub bardziej oficjalnie. Właśnie, może jednak jestem z tych bardziej „porządnych” tylko czasem urządzam libację, porzucam dzieci, biję niemowlęta i od czasu do czasu ruszam w Polskę z kolejnym tatusiem kolejnego dziecka. A może tylko po ciężkim dniu pracy – zrzucając maskę niezależnej i silnej kobiety – relaksuję się przed telewizorem z kolejną butelką ginu lub likieru kokosowego – bo to takie typowe, modne i światowe przecież. Tak czy siak kobieta uzależniona jest godna pożałowania, pogardy lub w najlepszym przypadku miłosiernego współczucia.

A przecież nie wyskoczyłam jak Filip z konopi, nie wychowałam się na bezludnej wyspie, nie spadłam z kosmosu. Wychowałam się w określonym środowisku, w tzw. porządnym domu, w tym kraju i tu wyrosłam na alkoholiczkę. W procesie tzw. socjalizacji uczono mnie, że „bez alkoholu nie ma zabawy”, że „wódka musi być”, że „ważne sprawy załatwia się tylko przy alkoholu”, inaczej można kogoś obrazić.

Trzeba wypić, jak rodzi się dziecko i jak ktoś umiera, trzeba wypić, jak kończy się 18 lat, potem jak zrobi się maturę, zda na studia, skończy studia, bierze ślub, zostaje rodzicem itd. itp. Pijemy na parapetówkach (żeby się dobrze mieszkało), przy zdawaniu egzaminu (z radości, że się powiodło lub ze smutku, że się nie udało), przy zakupie samochodu (żeby dobrze jeździł). Z okrzykami „Na zdrowie!”, „Za zdrowie młodej pary (solenizanta, jubilata)!, „Zdrówko!” wlewamy w siebie truciznę, często w takich ilościach, że następnego dnia „umieramy”. Ale z tego też można żartować: „O zaszkodziła mu zakąska”, „Pewnie śledzik był nieświeży” lub radośnie zanucić: Tupot białych mew o pokład pusty, tupot białych mew i niesmak w ustach.... A może powtórzyć fragment piosenki popularnego barda: Tak po naszemu to wypiliśmy niewiele [...] i gdyby wódki nie robiono z jakichś śmieci, to nie zaszkodziłby nam ten literek trzeci... .

Od ilości wypitego alkoholu zależy, czy nie runie nasz nowy dom, czy nie rozeschną się świeżo kupione meble, czy dzieci i zwierzęta „będą się dobrze chować, czy koledzy w pracy nas zaakceptują, czy lekarz dobrze wyleczy”. Dzięki piciu podtrzymujemy narodowe tradycje i mamy poczucie łączności z tymi, co żyli kiedyś, tworzyli historię i też pili.

Wzruszałam się, gdy wznosząc kubek z wódką, śpiewałam przy ognisku: Więc pijmy wino, szwoleżerowie, troski niech zginą w rozbitym szkle..., Dadzą mi manierkę z gorzałczyną, ażebym nie tęsknił, ażebym nie płakał za dziewczyną... czy Komu dzwonią, temu dzwonią, mnie nie dzwoni żaden dzwon, bo takiemu pijakowi jakie życie, taki zgon... .
Byłam dobrą uczennicą, tak bardzo się starałam, że w szkole kultywowania tradycji picia przy byle okazji, zostałam chyba prymusem.

Tylko nikt mi nie powiedział, że kobiety z tzw. dobrych domów też uzależniają się od alkoholu. Mnie uczono, że alkoholizm to choroba pospólstwa, marginesu społecznego, środowisk przestępczych i panienek lekkich obyczajów. Przekonano mnie, że alkoholizm panoszy się na melinach, w więzieniach, w burdelach. Wkładano mi do głowy, że alkoholizm to męska rzecz. Prawdziwy mężczyzna (kolejny stereotyp), to taki który pije dużo, ale ma mocną głowę. Od czasu do czasu musi wyruszyć na męskie spotkanie w gronie najlepszych kumpli i porządnie się napić. No bo przecież: W Polskę idziemy drodzy panowie, w Polskę idziemy, nim pierwsza seta zaszumi w głowie, drugą pijemy...Prawdziwy mężczyzna musi też umieć się bić, stawać w obronie honoru kobiety i męskiej przyjaźni. Ci, co nie wyrabiają się w tych rolach, to mięczaki – abstynenci albo alkoholicy. Alkoholicy to znaczy degeneraci, ci spod budki z piwem i z rynsztoka, upośledzeni umysłowo i ci z odwyku. Bo tu kolejny paradoks...nie ten kto pije jest alkoholikiem, tylko ten, który się leczy.

Niedawno pewna ważna dla mnie osoba, wykształcona, dobrze wychowana powiedziała, że alkoholicy – nawet ci trzeźwiejący od wielu lat – to śmiecie, nie zasługują na to, żeby żyć wśród ludzi, a już na pewno nie należy się przejmować tym, co czują. Że to kłamcy, zboczeńcy, łobuzy, złodzieje i powinni do końca życia przebywać w obozach pracy z daleka od innych, a i tak nigdy nie zdołają odpokutować za wyrządzone krzywdy. Zraniło mnie to bardzo. Czy to znaczy, że dla tak zwanych normalnych ludzi (czytaj: nieuzależnionych) zawsze będziemy marginesem społecznym, wyrzutkami, menelami?

Każdy trzeźwiejący alkoholik wkłada ogrom pracy w swoje trzeźwienie, musi się spotkać ze swoją bezsilnością i cierpieniem. Gdy mu się to udaje, robi dobre rzeczy dla siebie i innych, szuka dróg zadośćuczynienia, a mimo to ciągle jest kimś gorszym, tylko dlatego, że odważył się podjąć leczenie. Bo społeczeństwo nie wybacza, społeczeństwo szufladkuje.

Gdy w końcu zaczęło do mnie docierać, że z moim piciem – a może życiem – coś jest nie tak, zaczęłam sprawdzać, czy jestem alkoholiczką, i za każdym razem wychodziło, że nie. Kiedyś nawet poszłam na miting AA, żeby to sprawdzić, i wiałam stamtąd, gdzie pieprz rośnie. Nie mogłam jakoś się odnaleźć w piciorysach o wiele starszych ode mnie facetów, którzy tak bardzo pasowali do moich wyobrażeń o alkoholikach.

Bo przecież wyrastałam w przekonaniu, że alkoholik to ktoś wiecznie pijany, jeżeli nawet pracuje, to przepija całą wypłatę, upija się do nieprzytomności denaturatem i często sypia w rowie lub na ławce. Jest brudny, śmierdzący, okrada swoją rodzinę i przechodniów na ulicy, napada samotne staruszki, bije swoją żonę i matkę, gwałci dzieci i nieznajome kobiety. To ktoś, to ma dziury w mózgu, padaczkę, wątrobę jak balon i fioletowy nos. Ktoś nienormalny, nieobliczalny, nieodpowiedzialny, kto dla łyka wódki może nawet zabić.

Jako całkiem młoda osoba zobaczyłam też kilka filmów dokumentalnych z ówczesnych oddziałów odwykowych, ludzi w delirce oganiających się od pająków i krasnoludków, pacjentów z zespołem Korsakowa, cierpiących na padaczkę, wychudzonych, bezzębnych, przerażających. To wtedy utrwaliło się we mnie przekonanie, że pierwszym objawem alkoholizmu są wszechobecne białe myszki.

Pracowałam, zdarzało mi się nawet awansować i dostawać podwyżki. Dbałam o swój wygląd, myłam się regularnie, czasem kupiłam sobie jakiś nowy ciuch. Nie kradłam, nie zabijałam, nie oszukiwałam, nie szlajałam się po melinach. Lubiłam teatr, kino, czytałam książki, słuchałam muzyki.

Najtrudniej było przebić się przez własne wyobrażeniach o alkoholizmie, alkoholikach, odwyku i ...o sobie. Widziałam też drugą stronę swojego życia, tę pijaną. Wiedziałam, że jak zacznę pić, to nie mogę przestać, że abstynencja nie trwa długo, że tracę przyjaciół i rodzinę, że zabierają mi premię i grożą wyrzuceniem z pracy. Widziałam pogardę w oczach ludzi. Wiedziałam, że piję coraz więcej w samotności, że coraz częściej zdarzają mi się ciągi, że cierpię fizycznie i psychicznie, że robię i mówię rzeczy które nawet we mnie budzą pogardę. O leczeniu wiedziałam tylko tyle, że mogę sobie wszyć esperal, zażywać anticol lub dać się zamknąć w szpitalu psychiatrycznym.

Gdy nie umiałam już przed nikim kryć swojego problemu – powiedziałam głośno, że nie radzę sobie z alkoholem i muszę się leczyć. Ci sami ludzie, którzy namawiali mnie, żebym coś zrobiła ze swoim piciem, nagle pogłupieli. Mówili, że nie muszę się leczyć, bo przecież nie jestem alkoholiczką, tylko brakuje mi silnej woli, że powinnam ograniczyć swoje picie do weekendów, a w poniedziałek trzeźwa przychodzić do pracy. Nie mogę przecież skazać się na takie tortury jak abstynencja. Mówili: „Odwyk? Chyba zwariowałaś! Zrobią ci pranie mózgu, będą szprycować psychotropami, ubezwłasnowolnią, do końca życia będziesz „psychiczna”. Nikt cię nie zatrudni, nie dostaniesz prawa jazdy. A ja mimo to trwałam w postanowieniu i leczyłam się. Miałam wrażenie, że odsunęli się ode mnie znajomi i rodzina. To było zdumiewające: dla nich i innych stałam się alkoholiczką w momencie, gdy podjęłam leczenie. No cóż byli wierni swoim przekonaniom, które ja zresztą też kiedyś miałam: „ Odwyk jest dla degeneratów”.

A ja mimo wszystko trwałam w abstynencji. I okazało się, że nagle z wyrzutka społecznego przeistoczyłam się w społeczne dziwadło, a i tak część osób powątpiewała w moją abstynencje. Mówili: „Pewnie tam na odwyku nauczyła się tak pić żeby umiejętnie to ukryć”, „Pewnie pije wieczorami”. Chwilami czułam się jak wiejski głupek: wszyscy go tolerują, bo jak już jest, to trudno, w zasadzie jest nieszkodliwy, a chwilami zabawny, można go czasem zagadnąć na ulicy, jednak lepiej trzymać się z daleka i na pewno nie można go traktować poważnie.

Moja abstynencja spowodowała zamieszanie wśród pijących kolegów. Przyjaciółka, do której co roku chodziłam na imieniny, poprosiła mnie, żebym więcej nie przychodziła w tym dniu, że zaprosi mnie kiedy indziej, ponieważ jej goście będą pili alkohol. Powiedziałam, że nie będzie mi to przeszkadzać, a ona: „Ale im będzie przeszkadzać, że nie pijesz, będą się czuli skrępowani”. No tak, abstynent to taki dziwoląg, że nie bardzo wiadomo, jak się przy nim zachowywać.

I chociaż dla mnie życie w abstynencji nie jest wcale łatwe, za to jest bardzo ciekawe. Często lubię obserwować, jak ci „normalni” zmagają się ze swoimi wyobrażeniami, i fascynują mnie pokrętne drogi ludzkich myśli. Kiedyś siedziałam z grupą kolegów przed ośrodkiem dla trzeźwiejących alkoholików a na wsi w remizie było wesele. Pod wieczór przyplątało się do nas dwóch pijanych weselników, długo próbowali nas namówić do wypicia wódki, w końcu jeden z nich powiedział do swojego chwiejącego się kumpla: „Chodźmy stąd, tu się nie napijemy, tu są sami alkoholicy”. I jak tu nie zwariować...ze śmiechu oczywiście.
Mimo wszystko nie można oczekiwać zrozumienia, kiedy komuś powiem: „Jestem alkoholiczką, jestem trzeźwa, uwierz mi, że to choroba, którą można leczyć”. To wymaga długiego czasu – nie tylko, żeby podważyć stereotyp, ale najpierw żeby ten ktoś zrozumiał, że stereotypowo myśli. Tak więc nie uważam, że edukacja od razu pomoże, i staram się mieć dużo cierpliwości.

Jednak najgorsza w tym wszystkim jest polityka państwa, która dokonała drastycznego, wręcz kompromitującego zwrotu na niekorzyść w kwestii rozwiązywania profilaktyki i problemów alkoholowych. Łapczywość rynku, reklamy, całkowity brak egzekwowania przepisów ustawy o wychowaniu w trzeźwości, nieograniczony dostęp do alkoholu. Powrót reklam alkoholu do telewizji, takich, w których sugeruje się, że piwo nie jest alkoholem nie wróży nic dobrego, bo za kilka lat śmiało będziemy mogli powiedzieć, że XXI wiek jest wiekiem uzależnień. Smutna to prawda więc może warto zacząć przełamywać stereotypy.


AA - Hania

Wersja do druku
Wyślij znajomemu

 

 
  Czytaj - Archiwum - Komentarze - Księga Gości - Kontakt
Wiadomosci Sierakowickie - R-net 2003
 
Czytaj Archiwum Komentarze Księga gości Kontakt