24 marca 2017 , Imieniny: Gabrieli, Marka, Seweryna
 
W aktualnym numerze:
  Wiadomości Sierakowickie -> Czytaj archiwalny numer 2 z dnia 2017-02-01
 






 

Wspomnienia seniora - Anastazja Błaszkowska Uśmiech Pani Stasi


Wychowywała i nauczała dwadzieścia pięć roczników dzisiejszych dorosłych Sierakowiczan, więc któż nie zna przemiłej, starszej pani Stasi Błaszkowskiej. Spotykamy ją na ulicy, w kościele, w sklepie i cieplej robi się na sercu, gdy obdarzy nas swoim dobrym uśmiechem. Znający Panią Stasię bliżej wiedzą, że jest nie tylko pogodna, ale zawsze chętna do pomocy i bardzo gościnna. Chyba każdy, kto przekroczy próg jej przytulnego mieszkanka na Lęborskiej, jest poczęstowany tym, co akurat w danej porze dnia się jada, a Pani Stasia tłumaczy, że to nic, że to tylko jakieś resztki. Wyczarowuje przepyszne smakowitości "z niczego", a w karnawale wszyscy znajomi i sąsiedzi przypominają sobie, że specjałem Pani Stasi są pączki.
Urodziła się 8. listopada 1932 roku jako Anastazja Sylka na terenie dzisiejszej gminy Stężyca. Była jedenastym dzieckiem Anastazji i Franciszka Sylków. Matka zmarła przy porodzie i na jej pamiątkę nowonarodzonej dziewczynce nadano to samo imię. Jednak w praktyce od początku była Staśką, Stasią a czasami Anią. W dniu chrztu z kościoła w Mściszewicach wzięli osierocone niemowlę siostra i szwagier ojca - Agata i Leon Wicowie. Mała Staśka chowała się więc w oddalonym o trzy kilometry, dobrze prosperującym gospodarstwie swoich krewnych we wsi Dąbrowa, blisko Klukowej Huty. Dom Wiców stał się jej domem rodzinnym. Ciocia i wujek mieli też swoich dziesięcioro dzieci, ale one były nieco starsze i maleńka Staśka stała się dla wszystkich oczkiem w głowie. Pytam moją rozmówczynię, czy było jej dobrze w tej, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, rodzinie zastępczej. Pani Stasia z dużym naciskiem potwierdza, że to byli nadzwyczaj dobrzy ludzie, że miała bardzo szczęśliwe dzieciństwo i dopiero z wiekiem zaczynała się orientować, że jej prawdziwa rodzina to Sylkowie. Najbardziej podkreślenia godne jest według Pani Stasi, że Wicowie byli bardzo zgodliwi; długo nie wiedziała, że w ogóle można się kłócić.
Ojciec Staśki planował, że jak tylko ona odrośnie, to zabierze ją od krewnych. Jednak stało się inaczej - sam zmarł nagle, niecałe dwa lata po śmierci żony. Opiekunem prawnym osieroconych zupełnie dzieci został jeden z zamożniejszych mieszkańców Stężycy Wilczewski i jego staraniem wszyscy bracia Pani Stasi wyuczyli się jakiś zawodów, a siostry zostały wydane za mąż. Mała Staśka dorosła do pójścia do szkoły akurat, gdy rozpoczęła się druga wojna. Jednak, jak domyśla się dzisiaj, pewnie dzięki pozycji Wilczewskiego przyjęto ją, dziecko polskie, do niemieckiej szkoły. Kończyła najpierw cztery pierwsze klasy w Łosienicach, a dwie kolejne w Mściszewicach.
Jedna z córek państwa Wiców, Aniela, była w tym czasie już od kilku lat siostrą zakonną, elżbietanką, i nazywała się teraz Klaudia. Ona najbardziej przyczyniła się do tego, że edukacja Stasi nie skończyła się na niemieckiej szkole. Tuż po wojnie siostra Klaudia pracowała jako pielęgniarka w szpitalu wojewódzkim w Toruniu. Ustalono, że piętnastoletnia Staśka na zimę może pojechać z siostrą Klaudią do Torunia, żeby trochę rozejrzeć się w świecie, a na wiosnę, gdy nasilą się prace gospodarskie, wróci do Dąbrowy. Jednak Staśka nie chciała wracać, chciała się dalej uczyć.
Najpierw był jakiś kurs, po którym dostała świadectwo ukończenia szkoły podstawowej. Potem rozpoczęła regularną naukę w prywatnej na początku szkole średniej, która nazywała się Liceum Gospodarczym św. Tereski. Dyrektorką tej szkoły dla dziewcząt była pani doktor Zofia Szczepkowska, z pewnością jedna z osób znaczących w życiu młodej dziewczyny. Klimat szkoły był jeszcze zupełnie przedwojenny; dyrektor Szczepkowska dbała o swoje uczennice jak matka, a Pani Stasia pokazuje mi na zdjęciu z tamtych czasów, że jest w płaszczyku, który dostała od swojej opiekunki. Pamięta też, że dzień imienin Zofii to było święto całej szkoły. Jednak wraz z umacnianiem się ustroju komunistycznego szkoła się zmieniła. Gdy ją Pani Stasia kończyła i zdawała maturę, to nazywała się Technikum Gastronomicznym, a dyrektorem był ktoś inny.
Sześć lat nauki w Toruniu było możliwe tylko dzięki siostrom elżbietankom. Przez pierwsze lata Staśka mieszkała przy nich w szpitalu, w dwudziestoosobowej grupie sióstr - pielęgniarek. A gdy to już okazało się nielegalne, siostra przełożona załatwiła dla niej stancję. Oczywiście, Stasia ze swej strony też starała się być pomocna siostrom, wykonywała prace porządkowe, podawała do stołu i do dzisiaj jest pełna wdzięczności za opiekę, którą ją otoczono. Na wakacje wracała do rodzinnej Dąbrowy, zajmowała się dziećmi, czasami nawet pasąc z nimi krowy. Mimo że po wojnie była bieda, Wicowie w Dąbrowie nieŸle sobie radzili, jako że mieli dobre wzory gospodarowania z czasów jeszcze przedwojennych, gdy w sąsiedztwie było dużo Niemców, a Polacy żyli z nimi w zgodzie - wspomina Pani Stasia.
Po maturze podopieczna elżbietanek musiała opuścić Toruń; otrzymała nakaz pracy do zakładów gastronomicznych w Grudziądzu. Tam przepracowała rok i wróciła w rodzinne strony. Dostała pracę nauczycielki w Łosienicach. Był rok 1953. Na początku praca w szkole sprawiała trudności. Stasia uzupełniała wykształcenie w zakresie pedagogiki i przedmiotów artystycznych. Szkoła w Łosienicach mieściła się w dwóch salach budynku wynajmowanego od gospodarza, miała od 80 do 100 uczniów w siedmiu klasach, a nauczycieli najpierw było troje, a potem czworo. Przed Panią Stasią pracowali tam już Anna Roszkowska i Stanisław Błaszkowski, a potem doszedł jeszcze Jan Roszkowski. Dzieci łączono po dwa roczniki i nauczyciele pracowali w tzw. klasach łączonych. Pomieszczenia skromnie wyposażone, podłogi naoliwione na czarno, bez elektryczności, wychodek na zewnątrz, ale atmosfera była dobra. Ludzie szanowali nauczycieli, dzieci chętnie się uczyły, a młode nauczycielki budziły zainteresowanie kawalerów.
I tak po siedmiu latach pracy w Łosienicach Pani Stasia wyszła za mąż za swego kolegi z pracy brata - Jacka Błaszkowskiego. Rodzina Błaszkowskich wywodzi się z Kawli koło Gowidlina i dlatego już od 1960 roku losy Pani Stasi są związane z Sierakowicami, gdzie zaraz po zamążpójściu dostała pracę w nowowybudowanej, jak na owe czasy nowoczesnej, szkole przy dzisiejszej ulicy Dworcowej. Błaszkowscy zamieszkali w budynku po byłej szkole przy ulicy Lęborskiej i w nim mieszka moja rozmówczyni do dzisiaj. Małżeństwo Pani Stasi było wyjątkowo krótkie - nie minęły nawet pełne trzy lata, gdy będący agronomem powiatowym Jacek Błaszkowski nagle zmarł. Owdowiała Pani Stasia nie została sama - miała dwóch synków.
Kolejny etap w życiu sierakowickiej nauczycielki to łączenie wielu obowiązków: praca w szkole, wychowanie synów i jeszcze dalsza nauka. Z nauczyciela do wszystkiego z czasem stała się nauczycielem historii, kończąc najpierw studium nauczycielskie, a potem wyższe studia zawodowe. Jednak, wspomina, nadal poza historią przydzielano jej różne przedmioty, bo godzin z historii nie było tak wiele. W sierakowickiej podstawówce były wtedy dwa ciągi klas - a i b. Kierownikiem szkoły gdzieś do połowy lat siedemdziesiątych był przedwojenny nauczyciel Stanisław Moś; moja rozmówczyni bardzo dobrze go wspomina mówiąc, że jego zachowanie i postawa były prawdziwie pańskie. Gdy kiedyś Pani Błaszkowska, która od lat dostawała wychowawstwo w klasie b (przeważnie dzieci spoza Sierakowic), poprosiła kierownika Mosia o zmianę tego zwyczaju, on powiedział, że celowo daje jej w opiekę tych uczniów z dalszych stron, bo ma dla nich macierzyńskie serce.
Życie samotnie wychowującej dwoje dzieci nauczycielki było nadal silnie splecione z jej dobrodziejami z przeszłości. Siostra Klaudia, która z powodu swego oddania dla chorych i biednych stała się dla rodziny Pani Stasi wzorem świętości, regularnie przez czterdzieści lat spędzała wszystkie urlopy w Sierakowicach. A Pani Błaszkowska z dorastającymi synami wyjeżdżała podczas wakacji do swych bliskich w Dąbrowie, żeby pomagać w gospodarstwie. Chłopcy uczyli się tu roboty przy żniwach, przy truskawkach i przy sianokosach. Jak dużą wagę przywiązywała moja rozmówczyni do tego, żeby jej synowie poznali smak ciężkiej pracy widać, gdy dobitnie mówi, że praca fizyczna jest każdemu człowiekowi potrzebna do prawidłowego trybu życia. Kolejne pokolenie gospodarzy w Dąbrowie wspomina, że jak ciocia przyjechała, to się brała za najtrudniejszą pracę.
Dzisiaj Pani Stasia nadal ma czas dla swoich licznych krewnych, jest ukochaną i chętnie zapraszaną na wszystkie rodzinne uroczystości ciocią; od kilkunastu lat jest na emeryturze i ma jeszcze więcej czasu dla innych. Jej synowie skończyli studia, założyli rodziny, mieszkają niedaleko i obdarowali matkę trójką wnuków.
Nie było mi wcale łatwo namówić Panią Błaszkowską na te zwierzenia; mówiła, że miała życie nieciekawe i o czym tu pisać. A ja myślę, że było i trudne, i piękne. Na zakończenie naszej rozmowy Pani Stasia powiedziała: Przy moich nieszczęściach, zawsze się znalazł ktoś, kto mi pomógł. To zdanie tchnie nadzieją; może z niego bierze się ten niezwykły uśmiech Pani Stasi.
Maria Dyczewska

Wersja do druku
Wyślij znajomemu

 

 
  Czytaj - Archiwum - Komentarze - Księga Gości - Kontakt
Wiadomosci Sierakowickie - R-net 2003
 
Czytaj Archiwum Komentarze Księga gości Kontakt