24 marca 2017 , Imieniny: Gabrieli, Marka, Seweryna
 
W aktualnym numerze:
  Wiadomości Sierakowickie -> Czytaj archiwalny numer 2 z dnia 2017-02-01
 






 

A mogłoby być tak pięknie…


O moim pradziadku krążą w wąskim kręgu rodziny legendy. Opowieści te sięgają czasów, kiedy to, na początku XX wieku, całe watahy Polaków rzuciły się za ocean w poszukiwaniu czegokolwiek, co poprawiłoby ich byt. To samo zrobił mój pradziad. Jak się później okazało, celem jego wypraw nie było jedynie gromadzenie mamony, raczej pozbywanie się jej i jeszcze inne mniej chlubne sprawy, które nieustannie przyprawiały moją prababkę o niezłe klekotanie serca. Jej małżonek jeździł tam i z powrotem, po powrotach kajał się i prosił o przebaczenie. Otrzymywał je, ale mijał jakiś czas i sytuacja powtarzała się, jak refren w karczemnej piosence. Nie wdaję się w szczegóły, bo to sprawy rodzinne, więc w ten sposób uszanuję pamięć jednego z protoplastów rodu.
Takie wędrówki ludu polskiego powtórzyły się po II wojnie, chociaż powodem tej ruchawki były niekoniecznie powody finansowe, lecz przede wszystkim niezadowolenie nowych władz z mało „patriotycznej” postawy niektórych obywateli, którzy nie pałali zbytnią miłością do znaku sierpa i młota. Minęło parę dekad i oto tkwimy w czasie, który potomni wspominać będą, jako kolejne rajdy Polaków w zachodnie rejony globu, chociaż niekoniecznie tylko do USA. Tym razem „ziemią obiecaną” okazały się Wyspy Brytyjskie, Skandynawia, a w mniejszym stopniu Francja, Hiszpania czy Niemcy. Unia Europejska dała możliwość, więc duża część mieszkańców kraju nad Wisłą powiedziała sobie: „Czemu nie?” No i hajda po pracę! Ci, którzy pozostali, tarmoszeni są wewnętrznie różnymi uczuciami wobec opuszczających kraj: jedni są obojętni, inni dumni z przedsiębiorczych rodaków (szczególnie, jeżeli są to bliscy krewni), jeszcze inni są pełni podziwu dla odwagi tych ludzi, ale są i tacy, których zżera… zazdrość: „Czemu akurat ten (ta), a nie ja? Ten to ma dobrze!” – i tym podobne gadki, jakże dobrze znane z polskiego podwórka.
Mnie natomiast ogarnia żal. W ciągu historii Polska niejednokrotnie dostawała po krzyżu, w wyniku czego odpływały z niej gromady wartościowych jednostek, co w dużej mierze osłabiało siły twórcze naszego społeczeństwa. Tak też dzieje się i obecnie. A mogłoby być tak pięknie… Stop! Zaczyna w tym momencie cuchnąć polityką, a ja brzydzę się nią, jak pies hyclem. Nie chcę powiedzieć, że ci, którzy pozostają to jednostki mniej wartościowe. To także ludzie odważni, bo aby budować życie w kraju, którego mieszkańcy wyciskani są podatkami, gdzie co kilka dni pojawiają się coraz to głupsze przepisy; trzeba być swoistym kamikadze, samurajem i mędrcem w jednej osobie.
Myślę jednak o tych zazdrośnikach. Szanowni więc zazdrośnicy! Trzeba wam przypomnieć starą prawdę, że każda moneta posiada dwie strony. Zarobiona przez rodaków – emigrantów moneta z jednej strony naznaczona jest satysfakcją, że znalazła się w portfelu, z drugiej jednak – potem, często upokorzeniem, tęsknotą i tym wszystkim, nie zawsze przyjemnym, co rodacy przeżywają tam i o czym sami mogliby opowiedzieć, ale czasami nie chcą, bo to niezbyt przyjemne wspomnienia. Tego jednak zazdrośnik nie dostrzega, a raczej nie chce dostrzec, bo dla niego istnieje tylko uklepany stereotyp: „Temu to dobrze!”. Jeśli tak, to zrób coś twórczego, zdobądź się na wysiłek i też może będzie ci dobrze. Z mojej strony nie jest to zachęta do emigrowania, lecz do pohamowania się w wydawaniu takich opinii.
Parę miesięcy temu pojechałem do Niemiec z grupą dzieci, należących do zespołu folklorystycznego. Piękne stroje, swojskie klimaty pieśni i takowe w tańcach. Pewnego dnia dzieciaki występowały (bez tańców) w jednym z kościołów. W ławkach siedzieli Niemcy, emigranci z Afryki, Bałkanów i, jak się później okazało, z Polski. Ksiądz czyta ogłoszenia parafialne. Gdy je skończył, jakaś dziewczynka, może dwunastoletnia, zgłosiła się i zapytała po polsku księdza (też Polaka), czy może coś powiedzieć. „Mów Kasiu”. „Chciałabym bardzo podziękować, że te dzieci są tutaj. Chcę podziękować im za te piosenki, bo bardzo dawno ich nie słyszałam. To dla mnie ważny dzień”. Trochę nas wszystkich zatkało. Gdyby to powiedział starszy człowiek, ale taki dzieciak! Najważniejsze jednak miało nastąpić. Jako przedstawiciel zespołu i znający język niemiecki, powiedziałem na koniec (po polsku i niemiecku), że ostatnia piosenka dedykowana jest właśnie Kasi. A były to „Polskie kwiaty”. Kiedy zespół zaczął śpiewać, Kasia rozpłakała się. Tak płaczącego dziecka z powodu wzruszenia, nigdy nie widziałem. Mało zresztą widziałem, bo ryczałem z całym kościołem. Płakali Niemcy (tacy twardzi!), płakali emigranci, którzy myśleli o kwiatach ze swoich krajów. Jakaś Niemka wzięła Kasię pod rękę i podprowadziła do zespołu. Ta stanęła w szeregu z innymi dziećmi i wraz z nimi dośpiewała piosenkę do końca. Na tyle, na ile pozwoliły jej łzy.
To wydarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że ta emigracyjna beczka miodu zaprawiona jest mocno paroma kroplami goryczy. Co niech pod wzgląd wezmą w swoich opiniach ci wszyscy, których trawi gorączka zazdrości.
Augustyn

Wersja do druku
Wyślij znajomemu

 

 
  Czytaj - Archiwum - Komentarze - Księga Gości - Kontakt
Wiadomosci Sierakowickie - R-net 2003
 
Czytaj Archiwum Komentarze Księga gości Kontakt