24 marca 2017 , Imieniny: Gabrieli, Marka, Seweryna
 
W aktualnym numerze:
  Wiadomości Sierakowickie -> Czytaj archiwalny numer 2 z dnia 2017-02-01
 






 
Rozmowa z Zygmuntem Miotkiem, długoletnim kierownikiem KZPiT „Sierakowice”
Nasza praca nie poszła na marne


W jakich latach był Pan kierownikiem KZPiT „Sierakowice”?
Od 1982 do 2002, czyli 20 lat. Gdy wybrano mnie na kierownika zespołu, to mówiłem, że tylko na pół roku. Minął rok, pięć lat, dziesięć, w końcu dwadzieścia i wtedy powiedziałem: nie. Gdyby nie moja żona, to być może tak długo nie byłbym kierownikiem.

Do Zespołu „Sierakowice” nierzadko należały całe rodziny. Czy mógłby Pan wymienić kilka takich „zespołowych klanów”?
Państwo Jankowscy: seniorka Stanisława, jej córki i syn. Rodzina Miotk, czyli moja rodzina; było nas prawie 20 osób: mój ojciec Jan, który grał na skrzypcach, moja żona i dwie córki oraz rodzeństwo.
Byli ludzie, których Zespół połączył na całe życie. Dużo było małżeństw w Zespole?
Nie odnotowywaliśmy tego, ale za moich czasów było ich chyba 15. Pierwszy to ślub Joli Jankowskiej i Kazimierza Treder. Później Maria i Witek Kotlenga. Małżeństwa zawarli także: Zenon Pepliński i Renata Smentoch, Mirosław Szulc i Sabina Koss, Ryszard Bir i Marzena Butowska, Mirosław Warmowski i Irena Gojtowska, Waldemar Hejden i Danuta Labuda, Warmowski Andrzej i Helena Ropela, Małgorzata Wróbel i Ryszard Lewna, Maria Kotłowska i Piotr Kostuch, Danuta Treder i Piotr Lubocki, Mariola Reglińska i Zdzisław Blok, Sylwia Cybula i Włodzimierz Kobiela, Małgorzata Miotk i Mateusz Kamiński.

Jak wyglądały takie śluby?
Były bardzo uroczyste. Zespół i kapela zapewniały pełną oprawę. Podczas ślubu w kościele grała kapela. Gdy młoda para wychodziła z kościoła, zespół tworzył szpaler. No i cała oprawa przed weselem – „polterabend” – w nim też uczestniczyliśmy. Na pierwszy ślub Joli i Kazimierza jechaliśmy bryczkami i na wozach w strojach kaszubskich. Natomiast moja siostra Marysia i Witek ślub brali w strojach kaszubskich.

Pierwszy wyjazd Zespołu „Sierakowice” to…
Pierwszy wyjazd poza granice gminy to Pyrzyce. Zaproszenie uzyskaliśmy dzięki osobistym kontaktom. Przyjechaliśmy bogatsi o nowe wrażenia i doświadczenia oraz wiedzę, jak takie festiwale wyglądają. No i od tego zaczęły się nasze dalsze wojaże. W Pyrzycach jestem Honorowym Obywatelem Miasta. Do tej pory przyjaźnimy się z Zespołem Ziemi Pyrzyckiej.
Koncerty na terenie Polski są bardzo sympatyczne, np. do górali. Przyjaźnimy się z góralskim zespołem „Hamernik”, który ma siedzibę w Krakowie. Niemalże co roku organizują spotkania i przysyłają nam zaproszenia. Nie zawsze możemy tam jechać i nie zawsze oni mogą przyjechać do nas. Dzięki udziałom w festiwalach w Polsce nawiązywaliśmy znajomości, które zaowocowały również wyjazdami zagranicznymi.

Proszę powiedzieć o zagranicznych występach naszego Zespołu.
W tej chwili bierze się paszport lub dowód osobisty i wyrusza w drogę. Kiedyś nie było tak łatwo. Gdy po raz pierwszy jechaliśmy do Belgii, trzeba było wystać trzy tygodnie w kolejce po wizy. Jechaliśmy wówczas na festiwal i wizy musieliśmy załatwić nie tylko do Belgii, ale także do Niemiec. Na przejściach granicznych w Niemczech staliśmy do kontroli. Natomiast granica belgijska otworzyła się nam i nie mogliśmy uwierzyć, bo nikt nas nie kontrolował. No i tak się zaczęło. Później była Francja, Włochy, znowu Francja, Dania, Niemcy, Gruzja.
Podczas festiwali zagranicznych zawieraliśmy znajomości z innymi zespołami folklorystycznymi, które zaowocowały zaproszeniami do innych krajów, nawet tych odległych. Widocznie podobaliśmy się, dlatego takie propozycje. Oczywiście nie wszędzie można było jechać, bo i finanse, i czas.
Żałuję, że nie doszło do wyjazdów do Argentyny, Ekwadoru, Australii, bo zaproszenia były. Ale to zawsze tak: jak nie wybory, to sprawy finansowe. No i odległość – to nas trochę przerażało. Dowodem na to wszystko niech będzie to, że gościliśmy u nas zespoły z Argentyny, Japonii, Tajwanu, Chin, Meksyku, Rosji, Mongolii, Gruzji, Bułgarii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Szwajcarii, Szwecji, Słowacji, Włoch w tym Sardynii i Sycylii, Niemczech. Obecnie Zespół należy do Gminnego Ośrodka Kultury, w którym Irena Kulwikowska i Irena Warmowska bardzo dobrze sobie radzą, a Zespół nadal osiąga sukcesy.

A pierwszy wyjazd zagraniczny?
Pierwszy wyjazd zagraniczny to była Bułgaria. To był 1985 rok. Oczywiście, nic za darmo nie ma, bo musieliśmy zapłacić duże pieniądze, żeby można tam pojechać. Tam spotkała nas pierwsza tragedia w Zespole, bo zmarł bandonista Bronisław Drywa. Przeżyliśmy szok. Jego ciało sprowadzono do kraju i został pochowany w Tuchlinie.

Jak przyjmowano was za granicą?
Z pełnym aplauzem. Wracaliśmy zawsze zadowoleni. Wyjazdy zagraniczne, jak i krajowe zaowocowały wieloma przyjaźniami. Mnie do tej pory odwiedzają znajomi z Belgii, Francji, Gruzji, Włoch. Także oni zapraszają mnie i rodzinę. A jeśli chodzi o polskie zespoły, to przyjaźnię się głównie z zespołem „Hamernik”. Byli na naszym jubileuszu. Niektórzy przyjaciele z zagranicy są rodzicami chrzestnymi naszych dzieci, m.in. córkę Zenka Peplińskiego, trzymali do chrztu Szwajcarzy. Za granicą występowaliśmy również dla polonii; najlepszym był występ dla polonii w Danii, gdzie przyjmował nas ambasador polski. Daliśmy tam dwuipółgodzinny koncert. Był to 1998 rok.

Jaki był dla Pana najbardziej wzruszający moment?
Najbardziej wzruszającym momentem była audiencja u papieża. Mieliśmy tam być w 1988, ale nie udało się. Nie dopuszczono nas do papieża, mimo że byliśmy w Rzymie. Rok później dostąpiliśmy zaszczytu spotkania z Ojcem Świętym. Zespół grał i śpiewał w sektorze podczas audiencji. Późniejsze wizyty papieskie w Polsce, tu na północy, nie odbyły się bez udziału Zespołu. Byliśmy nawet bardzo blisko papieża. To były takie duchowe przeżycia, których się nie zapomni do końca życia.

Co podpatrywaliście na Zachodzie i przeszczepialiście na nasz grunt?
Z zagranicy bardzo dużo przeniesiono na grunt polski. To co mamy obecnie w Sierakowicach przed świętami Bożego Narodzenia, czyli świąteczny wystrój i oświetlenie, to właśnie stamtąd. Pierwszy wyjazd na Zachód to Belgia i przeżyliśmy szok, że tam tak pięknie. Iglaki, kwiaty, sposób w jaki są sadzone, formowane, strzyżone – wszystko to było podpatrywane. Trzeba przyznać, że mało kto z naszej gminy miał wówczas szansę wyjeżdżać na Zachód, oczywiście było kilka osób, ale bardzo mało i jako Zespół dostąpiliśmy tego zaszczytu, w co nikt nie chciał nam uwierzyć.
Obecny przy rozmowie Mirosław Chaber dodaje: Powiem więcej – jak robiłem ogródek koło domu, to był jeden z nielicznych w Sierakowicach. U nas drzewka głównie były owocowe, bo takiego co nie owocuje to nikt nie sadził. Ludzie podpatrywali, jak wyglądają żywopłoty, trawniki, przywozili sobie zaszczepki różnych drzew i krzewów.

Sympatycy zespołu.
Dużo można mówić o zespole, o ludziach, którzy w tym zespole byli i o sympatykach zespołu. O tym mało się mówi, ale gdyby nie sympatycy zespołu, to prawdopodobnie do wielu zagranicznych wyjazdów by nie doszło. To oni w większości sponsorowali te wyjazdy. A żeby zespół mógł istnieć i istnieje do tej pory to dzięki Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska, bo ona w całości finansowała zespół. A koszty były niemałe. Zakupili stroje i instrumenty. Przy tej okazji należy też wspomnieć o naszych przewoźnikach – kierowcach autobusów, mikrobusów, którzy zawsze bezpiecznie dowieźli nas na miejsce i z powrotem do domu. Byli to: Andrzej Lis, kierowcy z Kopalni Soli Inowrocław i Travel Kaszub z Kościerzyny. Nawet w Luksemburgu mamy swojego sympatyka – jest to ksiądz Kruszewski.
Jeśli chodzi o naszych sympatyków z Sierakowic, to jest ich bardzo wielu. Oni do tej pory sympatyzują z zespołem. Cenię sobie współpracę z władzami gminy Sierakowice w osobie wójta i Rady Gminy, którzy są bardzo przychylni Zespołowi.

Nagrody i wyróżnienia – sporo ich otrzymaliście?
Jesteśmy trzykrotnymi zdobywcami pierwszego miejsca w walce o Bursztynowego Neptuna, który był organizowany przez Wojewódzki Ośrodek Kultury w Gdańsku. W Chojnicach odbywał się Przegląd Pieśni i Tańca, Muzyki i Gawędy Kaszubskiej, gdzie walczyliśmy o Złotego Tura i zdobyliśmy trzykrotnie Złotego, dwukrotnie Srebrnego, zaś kapela dwukrotnie Brązowego i raz Złotego Tura. Pani Stasia Jankowska zdobyła Brązowego Tura w gawędzie, podobnie pan Stefan Kolka. Nasze uczestnictwo w festiwalach naznaczyło się w wielu miejscach na terenie Polski i poza jej granicami.

Jak Pan ocenia obecny Zespół?
Zespół bardzo dobrze sobie radzi. Widzę, że praca moich kolegów i koleżanek oraz moja nie poszła na marne i z tego bardzo się cieszę. Zespół zakorzenił się u nas, kojarzy się z Sierakowicami. Dla mnie najważniejsze jest to, że nadal istnieje, że są ludzie, którzy chcą tańczyć i propagować naszą kulturę kaszubską. Moim zdaniem Zespół ma szanse na przetrwanie nie tylko kolejnych 25 lat. Bardzo wiele osób zasługuje na wyróżnienie, ale nie sposób wszystkich wymienić i nagrodzić.

Jak Pan wspomina lata, gdy był Pan kierownikiem Zespołu?
Bardzo miło. Aż chciałoby się cofnąć w czasie o te kilkanaście lat…

Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała:
Agnieszka Rybakowska-Król

Zabawną historię z dziejów Zespołu opowiedział Mirosław Chaber:
To było podczas wyjazdu do Termoli. Podczas przemarszu Zespołu główną ulicą festiwalową ja biegałem z przodu i krzyczałem „Viva Polonia”, a ludzie nie wiedzieli o co chodzi i też krzyczeli „Viva Polonia”. I znowu biegałem i jak zespół nadchodził, krzyczałem „Viva Polonia”, a tłumy powtarzały. Nasi się zorientowali, co krzyczę. A były tam zespoły z całego świata… Później z Mirkiem Kuczkowskim siedzimy na schodkach, przemarsz już się odbył, i widzimy, że idzie Zygmunt, wołamy „Zygmunt”, a on nic, nie odzywa się. „Zygmunt”, „Miotk” krzyczymy – bezskutecznie. Aż ja ryknąłem „Zygmunto Polaco!” – od razu zareagował. Od tamtej pory został Zygmunto Polaco.
Agnieszka Rybakowska Król

Wersja do druku
Wyślij znajomemu

 

 
  Czytaj - Archiwum - Komentarze - Księga Gości - Kontakt
Wiadomosci Sierakowickie - R-net 2003
 
Czytaj Archiwum Komentarze Księga gości Kontakt