24 marca 2017 , Imieniny: Gabrieli, Marka, Seweryna
 
W aktualnym numerze:
  Wiadomości Sierakowickie -> Czytaj archiwalny numer 2 z dnia 2017-02-01
 






 
Henryk Koss – niewyczerpane źródło ciekawostek
Wspomnienia seniora

Pan Henryk Koss jest jedną z barwniejszych postaci Sierakowic; całe życie tu spędził, pracował w różnych miejscach, zawsze aktywny, tryskający energią i mający, jak sam mówi, niewyparzoną gębę, ale oddany swej Małej Ojczyźnie jako miłośnik wszystkiego co kaszubskie. Umówiłam się na rozmowę wiedząc, że był obecny u początków naszego Zespołu Sierakowice, obchodzącego 25.lecie istnienia. W dłuższej rozmowie dowiedziałam się również wielu innych ciekawostek z dziejów naszej gminy, spróbuję je więc przedstawić.

Z Łyśniewa przez Gdynię
do Sierakowic
Rodzina mojego pradziada wywodzi się z Łyśniewa, mówi Pan Henryk, wtedy nazwisko nasze pisało się Kohs. A dziadek Bernard mieszkał w Sierakowicach i wykonywał tu bardzo nietypową pracę – był gwiżdżem. A gwiżdż to był ktoś w rodzaju gminnego herolda, który obwieszczał urzędowe zarządzenia. Chodził ulicami Sierakowic potrząsając trzymanym w ręku dzwonem i donośnym głosem wygłaszał to, co władza miała do przekazania mieszkańcom. Funkcję gwiżdża wykonywał jeszcze w początkach okupacji, bowiem Pan Henryk pamięta, jak na przykład obwieszczał, że danego dnia w taniej jatce u Kąklów na rynku będzie do kupienia mięso bez kartek. Ale Bernard miał jeszcze inne obowiązki. Mieszkał w domku przy obecnym skrzyżowaniu ulicy Dworcowej z Abrahama, gdzie oprócz pokoiku i kuchenki dla jego rodziny były również dwie cele więzienne, taki doraźny areszt. Policjant, czyli szandara, a był jeden na Gowidlino, Sulęczyno i Sierakowice, ustalał sam drobnym przestępcom karę i nakazywał zgłoszenie się u gwiżdża celem osadzenia w areszcie. I tak na przykład złodziej kur, przychodził sam, z własnym jedzeniem i informacją, na ile dni ma być zamknięty. A cele więzienne były różne – jedna ciemna, a druga z okienkiem. Dowiedziawszy się o rodzaju przewiny delikwenta dziadek Bernard ustalał, w jakiej celi go osadzić. Areszt trwał dwa, trzy dni, a gdy więzień bardzo dobrze się sprawował, to mógł mieć odsiadkę o dzień skróconą. Już po wojnie przyznał się Panu Henrykowi pewien znajomy do czterodniowego pobytu w owym więzieniu; jego winą był udział w bójce na zabawie wiejskiej. Dziadek Bernard umarł 1941 roku, a jego wnuków jeszcze długo wyzywali – płe szasy, co znaczy chodzący po szosie.
Ojciec Henryka – Jan – wyjechał pracować do Gdyni, gdy ta jeszcze powstawała; pracował najpierw przy budowie portu, a potem był robotnikiem portowym. Dzisiaj jego syn opowiada, że ojciec był członkiem KPP, że należał do Czerwonych Kosynierów. Jednak po wojnie nie należał do partii, bo, jak mówił, to był bolszewizm a nie komunizm. W Gdyni Jan ożenił się z Natalią z domu Pose, która pochodziła spod Lubawy na Mazurach. Wszyscy w rodzinie matki czuli się Polakami i byli katolikami, a ich znakiem była makatka z obrazem Matki Boskiej, którą zawsze w domu mieli. Kaszubów z Sierakowic było w Gdyni więcej, w mieszkaniu Kossów zatrzymywali się ci, którzy przyjeżdżali na szaber. Kossowie mieszkali w suterenie domu przy ulicy Leśnej, a właścicielem budynku był Robert Kolka, zamożny stolarz z Sierakowic. Tam w roku 1935 urodził się mój rozmówca – pan Henryk. W 1939 roku rodzina Kossów musiała z Gdyni uciekać, więc wrócili do Sierakowic. Ojciec nadal pracował w Gdyni, ale dojeżdżał.
Henryk i jego rodzeństwo chodzili do szkoły niemieckiej, która wtedy mieściła się przy obecnej Przedszkolnej. Z nauczycieli pamięta Szarlotte Teske. Nie znał języka niemieckiego, matka jego też nie znała, ale próbowała syna przygotować i nauczyła go przedstawiać się po niemiecku, więc na początku na każde pytanie odpowiadał jak się nazywa. Do szkoły chodziło około 30 dzieci; na przykład córkę pastora Hoffmana wspomina pan Henryk bardzo miło, bo był jako Polak z niemiecką dziewczynką posadzony w jednej ławce, żeby miał ułatwioną naukę języka. W ogóle, mówi, w tej szkole byli bardzo życzliwie traktowani, nauka zaczynała się od modlitwy, a za używanie języka polskiego karano biciem. Ale pan Henryk nie ma tego za złe, jest zwolennikiem twardego wychowania.
W 1943 ojca wcielono do wermachtu, na końcu walczył nawet niedaleko stąd, bo w okolicach Żukowa, a gdy z wziętymi do niewoli przez wojska sowieckie był prowadzony w pobliżu Sierakowic, uciekł do domu. Po wojnie jeden raz przydała się jego przynależność do KPP; było wśród rodowitych sierakowiczan dwoje essesmanów, którzy nikomu krzywdy nie wyrządzili, ale od represji ochroniło ich poręczenie Jana Kossa. Jednak tutejsi ludzie o ojcu Henryka mówili, że czerwony sztandar nosił, chociaż do tej powojennej partii nie wstąpił. Umarł w 1954 roku. Matka została sama z piątką dzieci, liczyła, że dostanie jakąś pomoc od władzy, ale nic nie wskórała, powiedzieli jej, że Jan już do nich nie należy, a ona nawet o tym nie wiedziała.

Nauka najważniejsza
Po wojnie Henryk kontynuował naukę w szkole polskiej. Z największą wdzięcznością wspomina nauczyciela, który nazywał się Franciszek Pysznik. Uczył fizyki i śpiewu. W powojennej biedzie, gdy szkoła nie miała żadnych pomocy naukowych, pan Pysznik przychodził na lekcję z wypełnionymi kieszeniami, z których wydobywał w razie potrzeby różne drobiazgi – nici, szpulkę, korek – i za ich pomocą tłumaczył uczniom zawiłości fizyki. Pan Henryk i jego małżonka Irena podkreślają, że Franciszek Pysznik był wyjątkowo solidnym nauczycielem, nie zmarnował żadnej godziny przeznaczonej na naukę i wyznawał taki pogląd: dzieci gburskie, czyli z gospodarstwa, mają jakieś szanse utrzymania się w przyszłości, nawet jeżeli nie będą zbyt wykształcone, natomiast dzieci robotników koniecznie powinny się uczyć jak najwięcej. Niektórym mówił: z ciebie zrobię najwyżej szewca, a z ciebie może kowala. Wobec Henryka miał większe ambicje, które spowodowały, że ten zaraz po podstawówce poszedł do kartuskiego ogólniaka. Wtedy, podkreśla mój rozmówca, w szkole nie było żadnej polityki, to przyszło później. Już w 1949 roku pan Henryk, zgodnie z namowami nauczyciela Pysznika, rozpoczął naukę w szkole średniej, w kartuskim ogólniaku. Gdy po dwóch latach zorientował się, że ta szkoła zawodu mu nie da, pojechał do Szczecina, tam wyuczył się na technika-elektryka, a potem w Gdańsku jeszcze zrobił uprawnienia dyplomowanego energetyka.
W tych pierwszych latach po wojnie możliwe było również i to, że odrodził się w Sierakowicach przedwojenny skauting, harcerstwo. Pan Henryk pokazuje zdjęcie, na którym widzimy 29 nastolatków, w mundurach przedwojennego harcerstwa, a wszyscy to nasi ówcześni mieszkańcy. Na zdjęciu mój rozmówca rozpoznaje: Stefana Myszk, Wandę Drewka, Helenę Okrój, Jadwigę Kręczkowską, Władysławę Okrój, Franciszka Kuczkowskiego, panie Andryskowską i Szwarcową, nieżyjącą Elżbietę Piotrowską oraz siostrę Zosię i brata Czesława. A nieformalnym przywódcą tej gromady był Józef Lemańczyk. Zdjęcie pochodzi najprawdopodobniej z 1946 roku, sierakowicka drużyna należała do hufca kartuskiego i ich opiekunowie też byli z Kartuz. Zajęcia tych harcerzy na pewno nie były natchnione ideologią lewicową; pan Henryk był zaledwie 11.latkiem, ale pamięta, że urządzali wędrówki, biwaki po okolicy, a w niedzielę zawsze najpierw szli w szyku do kościoła. Do dyspozycji też mieli salkę parafialną. W 1949 byli w Sulęczynie na obozie, a w 1950 już im zakazano spotkań, bo nie takie piosenki śpiewali; starsi chłopcy już się czuli zagrożeni.

Pierwszy zespół powstał
50 lat temu
W czasie pierwszej odwilży po okresie stalinowskim czyli w 1956 roku w Sierakowicach miało miejsce bardzo szczególne zebranie. Do sali widowiskowej położonej za bankiem zeszło się dużo ludzi, wśród nich również onegdajsi harcerze. Zebranie było bardzo burzliwe, to był wiec, ludzie o mało się nie pobili. Każdy wyrzucał z siebie wszystko, co mu na wątrobie leżało. Pan Henio już wtedy był kierownikiem gospody i rozumiało się samo przez się, że też tam był; jako młodemu a wykształconemu nakazali mu, żeby protokółował wypowiedzi zebranych, chociaż nie był członkiem partii. Czego to ludzie nie wygadywali, takiej odwagi nabrali, że nawet żądali wycofania wojsk radzieckich. A mój rozmówca wcale nie czuł się bezpieczny, chociaż siedział przy stole na podwyższeniu. Oto bowiem gniew zebranych skierował się przeciw jednemu z nauczycieli, znanemu partyjniakowi; gdy ten odezwał się do ludzi per towarzysze, to w ruch poszły jabłka, bo pomidorów, mówi Pan Henryk, wtedy nie było. Zaatakowany nie mógł uciekać przez salę, więc skierował się na scenę. Tam w bocznym pomieszczeniu, rodzaju garderoby, było tylko bardzo niewielkie okienko. Tą drogą zaatakowany nauczyciel się salwował. Jak ten niemały chłop wydostał się tamtędy, ta myśl do dzisiaj budzi śmiech pana Henryka. W Sierakowicach już na wszystkie dalsze lata bytności tego nauczyciela nie zapomniano mu owej żenującej ucieczki. Po zebraniu długo jeszcze rozgorączkowani sierakowiczanie w gospodzie rozprawiali o odzyskanej, jak się ludziom wydawało, wolności.
W takim klimacie pracownicy spółdzielni, która wtedy jeszcze najprawdopodobniej nazywała się Zgoda, postanowili też wyrazić swoją radość z owej wolności i założyli zespół folklorystyczny. Członkami zespołu byli właśnie pracownicy spółdzielni, m.in. Leon Kobiela, Maria Naczk, Czesław Marciński, Stefan Wittbrodt, Wacław Płotka, Stefania Stolc, Edward Majewski, Mirosława Sass, Maria Ruszkowska, Janina Miotk, Gabriela Woś, Alfons Myszk. Myśmy byli już dorośli, ale bez rodzin własnych, chcieliśmy się bawić, a żadne zyski nas nie interesowały – mówi pan Henryk. Uczyli nas Ryszard Rychert i Tomaczkowski z Kartuz, oni dostawali jakąś zapłatę.
Stroje mieli takie jak się dało, dziewczyny w białych bluzkach, a chłopcy też starali się o jednolity wygląd. Poprzez eliminacje trafili do Poznania, zajęli pierwsze miejsce wśród zespołów z Polski północnej. Potem dostali zaproszenie do Warszawy, gdzie był jakiś zjazd krajów socjalistycznych. Był już z nami Dolina (czyli Leon Puzdrowski) ze swoją bandonią, bez niego nie byłoby nic – mówi Pan Henryk. Tylko jeden występ oficjalny tam mieli w teatrze Ateneum; było ze sześć zespołów, a gdy przyśpiewki kaszubskie w pewnym momencie przekształciły się w niemieckie, to dopiero ożywiło widownię, opowiada dalej mój rozmówca. W nagrodę dostali tygodniowy, darmowy pobyt w hotelu Syrena. Tam największą furorę zrobił pan Leon ze swoją bandonią – podczas dansingów podobał się gościom zagranicznym bardziej niż zawodowi grajkowie. Zwiedzając stolicę natrafili na ruchome schody; jednemu z muzykantów tak się podobały, że stracił tam oba obcasy. A gazety warszawskie pisały, że GS Sierakowice przyjechała na podbój Warszawy. Zespół istniał dobre cztery lata.
Nasza ówczesna młodzież bardzo się starała wyglądać modnie. Elegancki młodzieniec to był bikiniarz. Pan Henryk zapamiętał tę modę ze Szczecina, bo tam trwała walka ideologiczna. Bikiniarz to przede wszystkim buty - podwójnie szyte czyli z szeroką podeszwą i koniecznie skrzypiące przy każdym kroku. Właśnie takie sprawił sobie mój rozmówca przed owym wyjazdem do Warszawy. Do butów skarpetki w kolorowe paski, a żeby były widoczne te paski, spodnie nie mogły być za długie, za to wyraźnie wąskie. Fryzura bikiniarza była zaczesana do góry, z tyłu na tak zwaną jaskółkę, którą się uzyskiwało przy użyciu sporej ilości brylantyny. Górna odzież to najlepiej kurtka wojskowa typu angielka, ale na taką sierakowickich kawalerów nie było stać, więc musiał wystarczyć gruby sweter ze ściągaczem w pasie.
Pod koniec lat 50. tych, chyba w 1958, pan Henryk trafił do obozu pracy czyli więzienia. A poszło o zatarg podczas zabawy w Sulęczynie, gdzie jeździł z kolegami, bo były tam ładne dziewczyny. Wstawił się za kolegą, któremu dziewczynę podrywali miejscowi ubecy. Ten niby drobny incydent skończył się aferą na cały powiat a może i województwo. Pan Henryk za koleżeński odruch pomocy został nieźle poturbowany i znieważony przez pewnych siebie ubeków. W Sulęczynie wszystkich przesłuchiwali, obdukcje lekarskie robili, ale pan Henryk nie ukrywał, że będzie się skarżył choćby do samego prezydenta. Jednak miał niesprawną rękę po „rozmowach” z tymi niby pilnowaczami bezpieczeństwa. Zanim więc mógł zabrać się za pisanie skargi, do gospody, w której szefował, przyjechały władze powiatowe, żeby zrobić remanent. Wynik oczywiście był niekorzystny dla Kossa, chodziło przecież o to, by mieć pretekst do zamknięcia mu buzi. Został oskarżony, ale przed sądem stanął po półrocznym pobycie w obozie pracy. Nie miał żadnego obrońcy, nawet sędzia niezbyt wiedział o co chodzi, natomiast prokurator żądał za jego domniemane „przestępstwa” nawet 10 lat. Dostał tylko rok. I wtedy, mówi, zhańbił się. Nie mógł znieść cierpienia i biedy, które sprowadził na rodzinę jako jej żywiciel. Matka-wdowa została sama z trojgiem dzieci. Postanowił napisać pochwalno-błagalne pismo do najwyższej władzy. Koledzy więzienni się śmiali, że to nic nie da. A jednak pomogło, o trzy miesiące skrócono mu karę. Poznał na własnej skórze powiedzenie: dajcie mi człowieka, a artykuł się znajdzie.

Drugi zespół
Na fali kolejnej odwilży, czasu pierwszej Solidarności, założono w Sierakowicach oddział Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Zespół folklorystyczny miał być jedną z form pracy tej organizacji. W Gminnej Spółdzielni też był przychylny klimat do powstania zespołu; mój rozmówca mówi, że prezes Kostuch powtarzał: Heńku, ty się o pieniądze nie martw. Najpierw trzeba było poszukać muzykantów, myśleć o strojach ludowych. Znowu niezawodny „Dolina” – Leon Puzdrowski, Kazimierz Koszałka z Karczewka, Miotkowie z Patok. A wspólnego muzykowania uczył ich Stefan Kwiecień. Wzory strojów pomagali ustalić Franciszek Kwidziński z Kartuz i nieżyjąca Izabela Trojanowska, a z naszych mieszkańców Bolesława Kaniowska. Bardzo pomocny w początkowym okresie był też Zygmunt Wenta – Byzycer. On służył samochodem, miał znajomości i hojność; jeździli z panem Henrykiem nie tylko po okolicznych wioskach, ale też do Gdańska, bo od przychylności Wojewódzkiego Ośrodka Kultury wiele zależało, a Byzycer nie żałował kolację zafundować.
Żeby młodzi do zespołu chcieli przyjść, pan Henryk obiecał, że gdy będą się żenić, to otrzymają oprawę artystyczną swojej uroczystości. Pierwsze takie wesele mieli Jola Jankowska i Kazik Treder; do dzisiaj ludzie pamiętają, jak paradnie wyglądały ustrojone bryczki i muzykanci na wozie drabiniastym. Takiego wesela nie widzieli. Drugie było wesele Tadeusza Bigusa, aż w Bytowie. Okna w blokach wypełniły się gapiami, bo to widowisko niespotykane w tamtych czasach. Śpiewali „Kto się w opiekę”, a ksiądz potem mówił, że tylu ludzi nie widział nigdy w kościele. To dwa razy tak się udało, potem za dużo było gadania, że religijnych pieśni nie można w zespole śpiewać, nawet ci bardziej lękliwi kwestionowali przyśpiewkę o tabaczce, bo tam było jakieś religijne odniesienie. A ja się nie bałem, pracy nie potrzebowałem, bo miałem ją w Sulęczynie, nie byłem od nikogo zależny - mówi pan Henryk. Członkowstwo w zespole stało się też atrakcyjniejsze dzięki filmowi, który udało się zrobić w tych pierwszych latach. Film kręcono w Gowidlinie, miał tytuł Sami o sobie i zrobił wrażenie na lokalnych notablach. Do zespołu przychodziło coraz więcej młodych ludzi.
Ale wraz z tym jak zespół się rozrastał, rosły też apetyty na coraz dalsze wyjazdy, najlepiej zagraniczne. Tego pan Henryk nie był w stanie załatwić, do tego potrzebna była „przynależność”, której nie miał. Dlatego dzisiaj rozumie, że nie mógł dłużej kierować zespołem. Chociaż wtedy było mu przykro, gdy mówili, że jest samozwańczym kierownikiem i trzeba zrobić wybory. A przecież to inni go tak nazwali. Po dwóch latach kierowania zespołem, zwołano zebranie i zarządzono wybory kierownika. Kontrkandydatem pana Henryka był Zygmunt Miotk i on wygrał jednym głosem. Pan Henryk był jeszcze czynnym członkiem jakieś półtora roku.
Zdarzyło się kiedyś w tamtych czasach, że pewien miejscowy decydent wezwał do siebie pana Henryka i obwieścił mu, że wystąpi dla niego o odznaczenie Zasłużony dla Ziemi Gdańskiej. Długo spisywał różne dane, co i tak nie pomogło, ponieważ w rubryce przynależność nie można było wpisać nazwy „kierowniczej siły narodu”. Do dzisiaj pan Henryk nie posiada żadnej symbolicznie wyrażonej pochwały za lata pracy na niwie kulturalnej i społecznej. Opisałam wyżej tylko wycinek z bogatego życiorysu pana Henryka; w następnym numerze opowiemy o kinie w Sierakowicach, które przez wiele lat również było w jego rękach.

Maria Dyczewska

Wersja do druku
Wyślij znajomemu

 

 
  Czytaj - Archiwum - Komentarze - Księga Gości - Kontakt
Wiadomosci Sierakowickie - R-net 2003
 
Czytaj Archiwum Komentarze Księga gości Kontakt